Rozdział betowany przez i Miśkę. Wielkie dzięki! :)
Dan
wszedł do rezydencji zmęczony, ale już spokojny. Rozładował się. W tym samym
momencie zobaczył Lydię, która wychodziła z gabinetu Blake'a. Szła
przygarbiona, zataczając się nieco; jej ubranie było poszarpane, a włosy w
nieładzie. Jednak - co najdziwniejsze - wyglądała na zadowoloną.
Dan podszedł
do niej szybko i podtrzymał ją, widząc w jakim jest stanie.
- Co się
stało?
- Słucham?
Jej warga
była opuchnięta.
- Co ci się
stało? Blake... coś ci zrobił? - zapytał, marszcząc brwi.
- A dlaczego uważasz, że to twoja sprawa, hmm? Zdaje się, że
ostrzegałam cię, że jest w złym humorze, a ty jeszcze bardziej go czymś
rozsierdziłeś, mam rację? - Wyrwała się z jego ramion i zaczęła iść do swojego
pokoju, który był w sąsiedztwie kuchni.
- To on ci to
zrobił? - powtórzył swoje pytanie.
Gniew znowu w
nim narastał. Nie miał prawa!
- Przestań
zadawać głupie pytania.
Odetchnęła
głęboko i odwróciła się do niego.
- Będę robiła
gofry na podwieczorek. Przyjdziesz?