Dan spojrzał zaskoczony na
pakunek i otworzył go. W środku leżało coś na kształt
wydłużonego serca. U góry miało grubość dwóch palców i powoli
wysmuklało się w dół - w pręcik szerokości małego palca.
Całość była zwieńczona małą ozdóbką podobną do płaskiego
kryształu o średnicy około półtora centymetra. Była to dosyć
elegancka zatyczka analna. Chłopak zarumienił się i, mając tego
świadomość, tym razem nie patrzył na Blake‘a.
- Tego chciałeś spróbować?
- Taaak. Ale jeśli nie zechcesz to zrozumiem. Może kiedyś... - zaczął spokojnie Blake.
- Nie mówię nie... Ale już nie dzisiaj, dobrze?
- Oczywiście że nie. Chciałbym byś miał to, gdy będziemy szli do twojego kumpla w szpitalu – głos starszego mężczyzny był wyjątkowo spokojny.
- Słucham? - Dan spojrzał na niego zaskoczony.
- Zdaje się, że chciałeś, by Matthew mnie poznał, prawda? Pójdziemy do niego za kilka dni - odparł, patrząc na Dana stanowczo.
- I oczekujesz, że pójdę do niego z tym?
- Możemy do niego nie iść, nie nalegam – Blake wzruszył ramionami z udawaną obojętnością.
- Ale dlaczego? - Spojrzał na niego z iście żałosną miną.
- Dlaczego co, Dan? - Usiadł obok niego i pogłaskał po policzku.
- Dlaczego z tym?
- Bo chciałbym, żebyś przy każdym kroku czuł, że jesteś mój. A ta zatyczka nie jest duża, lekko ponad długość kciuka dorosłego człowieka. Poza tym, jeśli chcesz, możesz z tym wyjść na próbę gdzie indziej. Za dwa dni możemy pójść do kina albo na kręgle... - Mówiąc to Blake miał oczy błyszczące podnieceniem, jednak twarz wciąż była bez wyrazu.
- Mogę iść z tym do kina, ale czemu do niego?
- Bo jestem zazdrosny - powiedział krótko i dosadnie.
Dan uniósł brew.
- O co?
- O niego – odpowiedź Blake'a był natychmiastowa.
- Ale dlaczego?
- Dan... jestem zazdrosny. I tyle. Koniec tematu. Skupmy się na czymś innym - uciął Blake
- O nie. Nie odpuszczę ci tak łatwo. Dlaczego jesteś o niego zazdrosny?
- Bo mi zależy na tobie. Zadowolony? - prychnął poirytowany brunet.
Dan uśmiechnął się lekko i pochylił nad nim, po czym pocałował delikatnie i czule.
- Nie masz powodu, żeby być zazdrosnym o mojego brata.
- Kochasz go. To wystarczający powód jak dla mnie. - Blake spiął się w reakcji na jego pocałunki.
- Kocham jak brata.
Blake położył się powoli na plecach i przygarnął Dana, układając go sobie na klatce piersiowej.
- To nie z nim jestem tylko z tobą - powiedział Dan.
- Wkładaj to za każdym razem, gdy będziemy gdzieś razem wychodzić, dobrze? - spytał starszy mężczyzna cicho, głaszcząc go po ramieniu.
- Nie uważasz, że to niezbyt komfortowe? Mogę to włożyć od czasu do czasu, ale nie za każdym razem.
- Tego chciałeś spróbować?
- Taaak. Ale jeśli nie zechcesz to zrozumiem. Może kiedyś... - zaczął spokojnie Blake.
- Nie mówię nie... Ale już nie dzisiaj, dobrze?
- Oczywiście że nie. Chciałbym byś miał to, gdy będziemy szli do twojego kumpla w szpitalu – głos starszego mężczyzny był wyjątkowo spokojny.
- Słucham? - Dan spojrzał na niego zaskoczony.
- Zdaje się, że chciałeś, by Matthew mnie poznał, prawda? Pójdziemy do niego za kilka dni - odparł, patrząc na Dana stanowczo.
- I oczekujesz, że pójdę do niego z tym?
- Możemy do niego nie iść, nie nalegam – Blake wzruszył ramionami z udawaną obojętnością.
- Ale dlaczego? - Spojrzał na niego z iście żałosną miną.
- Dlaczego co, Dan? - Usiadł obok niego i pogłaskał po policzku.
- Dlaczego z tym?
- Bo chciałbym, żebyś przy każdym kroku czuł, że jesteś mój. A ta zatyczka nie jest duża, lekko ponad długość kciuka dorosłego człowieka. Poza tym, jeśli chcesz, możesz z tym wyjść na próbę gdzie indziej. Za dwa dni możemy pójść do kina albo na kręgle... - Mówiąc to Blake miał oczy błyszczące podnieceniem, jednak twarz wciąż była bez wyrazu.
- Mogę iść z tym do kina, ale czemu do niego?
- Bo jestem zazdrosny - powiedział krótko i dosadnie.
Dan uniósł brew.
- O co?
- O niego – odpowiedź Blake'a był natychmiastowa.
- Ale dlaczego?
- Dan... jestem zazdrosny. I tyle. Koniec tematu. Skupmy się na czymś innym - uciął Blake
- O nie. Nie odpuszczę ci tak łatwo. Dlaczego jesteś o niego zazdrosny?
- Bo mi zależy na tobie. Zadowolony? - prychnął poirytowany brunet.
Dan uśmiechnął się lekko i pochylił nad nim, po czym pocałował delikatnie i czule.
- Nie masz powodu, żeby być zazdrosnym o mojego brata.
- Kochasz go. To wystarczający powód jak dla mnie. - Blake spiął się w reakcji na jego pocałunki.
- Kocham jak brata.
Blake położył się powoli na plecach i przygarnął Dana, układając go sobie na klatce piersiowej.
- To nie z nim jestem tylko z tobą - powiedział Dan.
- Wkładaj to za każdym razem, gdy będziemy gdzieś razem wychodzić, dobrze? - spytał starszy mężczyzna cicho, głaszcząc go po ramieniu.
- Nie uważasz, że to niezbyt komfortowe? Mogę to włożyć od czasu do czasu, ale nie za każdym razem.
-
Ale ogólnie idea ci nie przeszkadza? - spytał Blake, jakby
ignorując jego wypowiedź.
- Nie, raczej nie.
Mężczyzna cmoknął go w skroń i powiedział:
- Nie, raczej nie.
Mężczyzna cmoknął go w skroń i powiedział:
-
Cieszę się. - Nie był śpiący i miał nadzieję, na jeszcze kilka
chwil rozmowy z Danem.
- To jak? Pójdziemy do szpitala bez tego?
Blake ścisnął zęby. Nie przywykł do dyskusji i w każdym innym wypadku po prostu trzasnąłby delikwenta w twarz, a później wsadziłby zabawkę dwa razy większą, umocował uprzęż i kazałby biegać, ale ten przypadek był zupełnie inny. Jednak nie zwykł pobłażać negowaniu swoich słów. Czuł się źle ze świadomością, że traci nad czymś kontrolę. Zacisnął dłoń mocniej na ramieniu leżącego na nim chłopaka, ale nie odezwał się. Nie wiedział co powiedzieć.
Dan skrzywił się lekko na mocniejszy uchwyt.
- Uznam to za odpowiedź przeczącą.
- Przecież to jest prawie niewyczuwalne... - zaczął gwoli usprawiedliwienia.
- Ale pozostaje świadomość.
- I to jest to, co podnieca. - mężczyzna wtulił nos w jego włosy i uśmiechnął się szeroko.
- Ale nie przy nim.
- Ale przy mnie. Powiedziałbym ci, że po skończonej wizycie moglibyśmy zamknąć się w toalecie i obciągnąłbym ci, ale obawiam się, że dla ciebie może nie być to nic wyjątkowego, zatem tego nie zaoferuję. Ale pomyśl o tym, Dan. Po prostu to przemyśl.
- Mogłoby mnie to podniecić w każdym innym miejscu, ale nie przy nim, rozumiesz? To kwestia sytuacji.
Blake przymknął oczy, policzył do dziesięciu i otworzył je ponownie. - Dan... zrobisz jak zechcesz.
- Ale jak tego nie zrobię to ze mną nie pójdziesz, tak? - Skrzywił się.
- Pójdę. - Blake schował swoje zapędy do kieszeni. - Skoro powiedziałem, że pójdziemy za kilka dni, to tak będzie. Nie zwykłem rzucać słów na wiatr.
Uśmiechnął się szeroko.
- Dziękuję! - Pocałował go krótko.
- Taaa... - Blake westchnął, czując się przegranym. - Polecam się na przyszłość. - prychnął lekko, trzymając przy sobie chłopaka.
Dan zamknął oczy, układając się na nim wygodnie, nie przestając się uśmiechać.
- Jesteś śpiący? - spytał Blake po chwili ciszy.
- Trochę. Bardziej zmęczony.
- Dlaczego rodzice twojego kumpla nie akceptowali waszej znajomości?
- Byłem dzieciakiem ulicy z niewiadomą przeszłością. Nie dziwię im się.
- Przypomnij mi, co się stało z twoimi rodzicami?
- Matka próbowała mnie zabić. Ojca nie znałem.
- Ach... Twoja blizna. Miałeś pięć lat, tak?
- Chyba tak, o ile dobrze pamiętam.
- Ale nie uciekłeś od niej wtedy...?
- Zrobiłem to. I wylądowałem na ulicy. Poznałem Matthew‘a... resztę znasz.
- W wieku pięciu lat? Ale to musiało być... straszne. Nikt się tobą nie zajął?
- Nie. Nie miał kto. Ale nie mówmy o tym. Nie jestem dumny z rzeczy, które wtedy robiłem.
- A co mogłeś robić w wieku pięciu lat, Dan? - Blake gładził go lekko po ramieniu.
- To co było potrzebne, żeby przeżyć.
- Ale, cholera, Dan... Pięciolatek zdany sam na siebie? To jest po prostu niewyobrażalne – Blake myślał z niepokojem w jaki sposób mógł sobie radzić Dan jako małe dziecko.
- Więc sobie tego nie wyobrażaj.
- Mówiłeś, że Matt jest od ciebie młodszy, tak? - dopytał brunet, nie przestając go delikatnie głaskać.
- Tak.
- Spoczywała na tobie dość duża odpowiedzialność, co? Wtedy trafiliście do sierocińca?
- Chciałem, żeby miał lepsze warunki.
Blake gładził Dana po głowie, karku i ramionach. Zastanawiał się jak na Dana musiało wpłynąć jego dzieciństwo.
- Kiedy masz urodziny?
- Dziewiętnastego listopada, a czemu pytasz? - Blake wydawał się być zdziwiony, ale i poniekąd wdzięczny za zmianę. Obawiał się, że może niechcący poruszyć jakiś tabu, a tak odbiegli od głównego nurtu rozmowy.
- To niedługo. - Dan zmarszczył lekko brwi. Nie miał pojęcia co mógłby mu dać.
- Nieco ponad miesiąc. - Blake wzruszył ramionami. Zawsze zapominał o swoich urodzinach, dopóki Lydia nie przynosiła mu tortu do gabinetu.
- Mhm.
- A ty? Kiedy masz? - dopytał się brunet leżącego na nim chłopaka.
- Nie wiem. Nie pamiętam - mruknął cicho. Już przysypiał.
- Dan... jeszcze jedno. Czy twoja matka nadal żyje? - Blake spytał ciszej.
- Nie jestem pewien... Jeśli nie miała żadnego wypadku to raczej tak. Kiedy ją ostatnio widziałem, miała się dobrze.
Blake przygarnął go mocniej do siebie, nieustannie dotykając. Wciąż nie wiedział co skłoniło Dana do wyjścia z propozycją bycia razem, ale chwilowo nie zamierzał wnikać, aczkolwiek nie wierzył mu, że zwyczajna sympatia mogłaby skłonić go do takiego postępowania. Z natury był nieufny, a z wiekiem nieufność do ludzi się pogłębiała. Podejrzewał, że mogło chodzić o pieniądze dla tego kalekiego chłopca. Przymknął oczy i westchnął cicho.
- Czemu o nią pytasz? - mruknął Dan sennie.
- Po prostu byłem ciekawy, czy masz jeszcze jakąś żyjącą rodzinę - mruknął zamyślony Rifgard.
- Mhm... - Zasnął w końcu.
Blake jeszcze długo leżał, głaszcząc leżącego przy nim chłopaka i starając się dopasować się do zaistniałej sytuacji. Nie wiedział czym jeszcze Dan może go zaskoczyć.
Po jakimś czasie jego również zmorzył sen, a za oknem zaczęło się rozjaśniać.
- To jak? Pójdziemy do szpitala bez tego?
Blake ścisnął zęby. Nie przywykł do dyskusji i w każdym innym wypadku po prostu trzasnąłby delikwenta w twarz, a później wsadziłby zabawkę dwa razy większą, umocował uprzęż i kazałby biegać, ale ten przypadek był zupełnie inny. Jednak nie zwykł pobłażać negowaniu swoich słów. Czuł się źle ze świadomością, że traci nad czymś kontrolę. Zacisnął dłoń mocniej na ramieniu leżącego na nim chłopaka, ale nie odezwał się. Nie wiedział co powiedzieć.
Dan skrzywił się lekko na mocniejszy uchwyt.
- Uznam to za odpowiedź przeczącą.
- Przecież to jest prawie niewyczuwalne... - zaczął gwoli usprawiedliwienia.
- Ale pozostaje świadomość.
- I to jest to, co podnieca. - mężczyzna wtulił nos w jego włosy i uśmiechnął się szeroko.
- Ale nie przy nim.
- Ale przy mnie. Powiedziałbym ci, że po skończonej wizycie moglibyśmy zamknąć się w toalecie i obciągnąłbym ci, ale obawiam się, że dla ciebie może nie być to nic wyjątkowego, zatem tego nie zaoferuję. Ale pomyśl o tym, Dan. Po prostu to przemyśl.
- Mogłoby mnie to podniecić w każdym innym miejscu, ale nie przy nim, rozumiesz? To kwestia sytuacji.
Blake przymknął oczy, policzył do dziesięciu i otworzył je ponownie. - Dan... zrobisz jak zechcesz.
- Ale jak tego nie zrobię to ze mną nie pójdziesz, tak? - Skrzywił się.
- Pójdę. - Blake schował swoje zapędy do kieszeni. - Skoro powiedziałem, że pójdziemy za kilka dni, to tak będzie. Nie zwykłem rzucać słów na wiatr.
Uśmiechnął się szeroko.
- Dziękuję! - Pocałował go krótko.
- Taaa... - Blake westchnął, czując się przegranym. - Polecam się na przyszłość. - prychnął lekko, trzymając przy sobie chłopaka.
Dan zamknął oczy, układając się na nim wygodnie, nie przestając się uśmiechać.
- Jesteś śpiący? - spytał Blake po chwili ciszy.
- Trochę. Bardziej zmęczony.
- Dlaczego rodzice twojego kumpla nie akceptowali waszej znajomości?
- Byłem dzieciakiem ulicy z niewiadomą przeszłością. Nie dziwię im się.
- Przypomnij mi, co się stało z twoimi rodzicami?
- Matka próbowała mnie zabić. Ojca nie znałem.
- Ach... Twoja blizna. Miałeś pięć lat, tak?
- Chyba tak, o ile dobrze pamiętam.
- Ale nie uciekłeś od niej wtedy...?
- Zrobiłem to. I wylądowałem na ulicy. Poznałem Matthew‘a... resztę znasz.
- W wieku pięciu lat? Ale to musiało być... straszne. Nikt się tobą nie zajął?
- Nie. Nie miał kto. Ale nie mówmy o tym. Nie jestem dumny z rzeczy, które wtedy robiłem.
- A co mogłeś robić w wieku pięciu lat, Dan? - Blake gładził go lekko po ramieniu.
- To co było potrzebne, żeby przeżyć.
- Ale, cholera, Dan... Pięciolatek zdany sam na siebie? To jest po prostu niewyobrażalne – Blake myślał z niepokojem w jaki sposób mógł sobie radzić Dan jako małe dziecko.
- Więc sobie tego nie wyobrażaj.
- Mówiłeś, że Matt jest od ciebie młodszy, tak? - dopytał brunet, nie przestając go delikatnie głaskać.
- Tak.
- Spoczywała na tobie dość duża odpowiedzialność, co? Wtedy trafiliście do sierocińca?
- Chciałem, żeby miał lepsze warunki.
Blake gładził Dana po głowie, karku i ramionach. Zastanawiał się jak na Dana musiało wpłynąć jego dzieciństwo.
- Kiedy masz urodziny?
- Dziewiętnastego listopada, a czemu pytasz? - Blake wydawał się być zdziwiony, ale i poniekąd wdzięczny za zmianę. Obawiał się, że może niechcący poruszyć jakiś tabu, a tak odbiegli od głównego nurtu rozmowy.
- To niedługo. - Dan zmarszczył lekko brwi. Nie miał pojęcia co mógłby mu dać.
- Nieco ponad miesiąc. - Blake wzruszył ramionami. Zawsze zapominał o swoich urodzinach, dopóki Lydia nie przynosiła mu tortu do gabinetu.
- Mhm.
- A ty? Kiedy masz? - dopytał się brunet leżącego na nim chłopaka.
- Nie wiem. Nie pamiętam - mruknął cicho. Już przysypiał.
- Dan... jeszcze jedno. Czy twoja matka nadal żyje? - Blake spytał ciszej.
- Nie jestem pewien... Jeśli nie miała żadnego wypadku to raczej tak. Kiedy ją ostatnio widziałem, miała się dobrze.
Blake przygarnął go mocniej do siebie, nieustannie dotykając. Wciąż nie wiedział co skłoniło Dana do wyjścia z propozycją bycia razem, ale chwilowo nie zamierzał wnikać, aczkolwiek nie wierzył mu, że zwyczajna sympatia mogłaby skłonić go do takiego postępowania. Z natury był nieufny, a z wiekiem nieufność do ludzi się pogłębiała. Podejrzewał, że mogło chodzić o pieniądze dla tego kalekiego chłopca. Przymknął oczy i westchnął cicho.
- Czemu o nią pytasz? - mruknął Dan sennie.
- Po prostu byłem ciekawy, czy masz jeszcze jakąś żyjącą rodzinę - mruknął zamyślony Rifgard.
- Mhm... - Zasnął w końcu.
Blake jeszcze długo leżał, głaszcząc leżącego przy nim chłopaka i starając się dopasować się do zaistniałej sytuacji. Nie wiedział czym jeszcze Dan może go zaskoczyć.
Po jakimś czasie jego również zmorzył sen, a za oknem zaczęło się rozjaśniać.
Dan obudził się pierwszy. Nie chcąc wyrywać Blake’a ze snu, ubrał się cicho i poszedł do kuchni.
Zastał tam krzątającą się Lydię. Nuciła coś wespół z radiem i delikatnie przytupywała nogą, krojąc warzywa.
- Heej. - Usiadł sobie przy stole.
- Cześć. - Spojrzała na niego. - Mam być na ciebie zła? - spytała, łapiąc się pod boki i wypychając językiem policzek.
- A czemu tym razem? - Uniósł brew.
- No to ja się ciebie pytam czy mam być, czy mam nie być. - Zmrużyła oczy z udawaną złością, ale nie potrafiła powstrzymać zaciekawionego wyrazu twarzy. - No...!
Dan uśmiechnął się rozbawiony.
- Dostanę śniadanie? Musze iść szukać nowej pracy.
- Nowej pracy? A co ci raptem zaczęło przeszkadzać w dotychczasowej? - zdziwiła się. - I co chcesz zjeść?
- Zrób coś na szybko.
- Nie dostaniesz nic jak mi nie powiesz czemu szukasz nowej pracy. - Zagroziła mu palcem, ale wyciągnęła kiełbasę i zaczęła kroić ją w kostkę. - Poza tym wątpię, żeby Blake był zadowolony, że znów gdzieś wychodzisz.
- Zrozumie jak mu powiesz czemu wyszedłem. I niczego się nie dowiesz. Nie ode mnie. - Zaszedł ja od tylu i zabrał chleb z kiełbasą. - Pa. - Wyszedł.
- Ale miałam ci usmażyć jajecznicę! - krzyknęła za nim. Tym razem, dostrzegając zmianę w zachowaniu Dana, naprawdę się zaniepokoiła. Nie do końca wiedziała, czym owa zmiana była spowodowana.
Dan westchnął wychodząc z rezydencji. Nawet nie wiedział od czego zacząć, jednak wychodząc natknął się na Troya. Ochroniarz spojrzał na niego i po jego mowie ciała wyraźnie widać było, że nalega by chłopak wrócił do środka.
- Co? - Spojrzał na niego dziwnie. - Muszę wyjść.
Troy pokazał mu coś na migi, ale widząc, że Dan nie rozumie, przywołał gestem kolejnego ochroniarza, a ten przetłumaczył: - Troy mówi, że nie wypuści cię bez wiedzy pana Rifgarda. A nie dostał żadnych rozkazów, ani informacji, że wychodzisz. Pyta, czy wrócisz do domu sam czy ma cię tam wciągnąć siłą.
Westchnął cicho.
- Blake zabronił mnie wypuszczać? Śpi. Mam go budzić, bo nie możesz mi pójść na rękę?
Troy zaczął wyglądać na poirytowanego. Znowu zamigał, a stojący obok mężczyzna przetłumaczył. - Troy mówi, że nie musi się przed tobą tłumaczyć. I ponawia poprzednie pytanie.
Dan zaklął.
- Świetnie, w takim razie znajdź mi gazetę. - Wrócił do środka wściekły.
Troy powiódł za nim spojrzeniem i patrzył, dopóki za Danem nie zamknęły się drzwi. Postanowił trzymać się blisko, na wszelki wypadek gdyby Dan chciał spróbować raz jeszcze.
Był wściekły na Blake‘a. Przecież, do cholery, nie mógł go tu zamknąć! Poszedł do salonu i sprawdził okna.
Na tej czynności zastał go Blake. - Dan...? Co ty robisz? - spytał zaskoczony.
Odwrócił się w jego stronę natychmiast.
- Zabroniłeś mnie wypuszczać?!
- Co?- wyrwało się Blake'owi mało inteligentnie. - To znaczy... A właściwie to czemu pytasz? - odparował.
- Zabroniłeś. - Dan spojrzał na niego niedowierzająco. - Jasna cholera, Blake! Kim ja jestem? Twoim zwierzątkiem?!
- Zachowujesz się jak dziecko. Uspokój się. Żadne zwierzątko. Skąd ci to przyszło w ogóle do głowy? Po prostu kiedy zniknąłeś bez słowa poprosiłem Troya, by następnym razem miał na ciebie oko. Martwię się, gdy znikasz bez słowa. Ale widzę, że przywykłeś do czegoś innego. - Blake powiedział to wyważonym, spokojnym tonem. Zbyt spokojnym i wyważonym. W duchu prychnął cicho. Czego innego mógł się spodziewać po tym chłopaku? To oczywiste, że chciał od niego jak najszybciej odejść, mimo że jego wczorajsze zachowanie świadczyło o czymś innym. Ale najwidoczniej to była tylko taktyczna zagrywka. Podszedł do drzwi i otworzył je szeroko, po czym spojrzał krótko na Dana i podszedł do Troya. Porozmawiał z nim przez chwilę i wrócił. - Możesz wychodzić gdzie chcesz i kiedy chcesz. - odwrócił się i poszedł do swojego gabinetu.
Westchnął ciężko, uspokajając się i dopiero potem poszedł tam za nim.
- Nie chciałem cię budzić, więc poprosiłem Lydię, żeby ci przekazała, że poszedłem szukać pracy. I tak, jestem przyzwyczajony do czegoś innego. Zwykle nikt się o mnie nie martwi.
- Nie musisz mi się tłumaczyć, Dan - powiedział spokojnie Rifgard, nie patrząc na niego. - Już cię tu nie trzymam. Jeśli chcesz wyjść to nie krępuj się.
- Odnoszę wrażenie, że myślisz inaczej. - Podszedł do niego i objął go lekko od tyłu. - Muszę iść do domu wziąć trochę rzeczy i coś znaleźć. Mam trochę oszczędności, ale nie starczy na długo.
Blake przymknął na chwilę oczy. Po chwili przekręcił głowę i spojrzał na Dana bez emocji. - Pewnie. Jesteś wolnym człowiekiem. - Jednocześnie pomyślał, że to dziwne, że chłopak nie spakował wystarczającej ilości rzeczy wiedząc, że będzie tu przez dwa tygodnie. Chyba że od samego początku przewidywał, że nie zostanie tu tyle. I tu Blake wrócił do swoich myśli, że może ta cała propozycja Dana z tym by spróbować być razem jest po prostu udawana.
- Dlaczego odnoszę wrażenie, ze myślisz o czymś nieprzyjemnym?
- Nieprzyjemnym? Dan, nie bądź niedorzeczny. - Uśmiechnął się kpiąco. Jak mógł dać się tak podejść? Przecież od zawsze miał świadomość, że nie nadaje się do tworzenia chociażby imitacji związku. A ucieszył się z wczorajszej propozycji Dana jak małe dziecko. Jak mógł się tak zapomnieć? Być takim naiwnym? Nawet nie był zły czy wściekły. Poczuł jedynie bolesne rozczarowanie. Dla niego jedynym realnym wytłumaczeniem sytuacji, w której Dan już od samego rana chciał opuścić jego dom był fakt, że chłopak chce od niego uciec.
- Znowu zachowujesz się jak wcześniej. Wolę twój szczery uśmiech. - Dan pocałował go lekko w policzek.
Blake pogłaskał go po policzku z nieobecnym spojrzeniem. - Wiesz, Dan, właśnie sobie przypomniałem, że muszę zawieźć pewne dokumenty do biura, więc... będę się zbierał. - Nie chciał być z nim dłużej w jednym pomieszczeniu, nie ufał sobie. Był pewien, że jeszcze kilka chwil, a powie coś, czego powiedzieć nie chciał. - Podrzucić cię w stronę miasta? - spytał, uśmiechając się. Uśmiech ten nie obejmował jednak oczu.
- Jeśli możesz... - Dan zmarszczył brwi. Coś w jego zachowaniu mu nie pasowało.
Blake otworzył szufladę i wyjął dwie teczki. Zajrzał do nich, przejrzał szybko zawartość i jedną odłożył z powrotem. Zadzwonił do szofera, prosząc, by podjechał pod bramę. Spojrzał na Dana: - Idziemy?
- Jasne. - Odsunął się i poszedł do drzwi. Mężczyzna puścił go przodem. Wyszli na zewnątrz i skierowali się w stronę limuzyny. Blake milczał i nie patrzył na Dana.
Dan też nie przerywał milczenia, ale zastanawiało go co tak bardzo zmieniło zachowanie mężczyzny.
Gdy cisza zaczynała być przytłaczająca, Blake rzucił: - Gdzie cię wysadzić?
- W centrum.
- Długo ci się zejdzie z tym... co tam potrzebujesz? - spytał jeszcze poprawiając swoje ciemne włosy i związując je mocniej rzemykiem.
- Nie wiem. Do siebie muszę wejść tylko na chwilę, ale z pracą pewnie zejdzie dłużej.
- Nie musisz się śpieszyć z pracą, wiesz? - Posłał mu krótkie spojrzenie.
- Muszę. Potrzebuję pieniędzy dla Matta.
- Przecież ostatnio dałem ci pewną kwotę. Coś się dzieje, że potrzebuje więcej?
- Te ostatnie były w większości na protezy. A Matt cały czas potrzebuje opieki. Poza tym, oddam ci je. Nie wiem tylko kiedy będę miał taka sumę.
- Te sto tysięcy to był... element umowy, nie musisz ich oddawać. - Znów się zamyślił. Powodziło mu się bardziej niż dobrze, więc taką sumę mógł spokojnie podarować. Teraz bardziej zastanawiał się nad tym czy Dan chciał być miły i dlatego w swoistej podzięce zaproponował, żeby spróbowali ze sobą być, czy też liczył na więcej profitów. To drugie mógł wykluczyć, skoro chłopak zaczął szukać pracy, ale z drugiej strony czy elementem umowy nie były dwa tygodnie w jego domu? Przecież wziął urlop w pracy. A kiedy się z niej zwolnił, momentalnie zaczął szukać drugiej? Nie, nie potrafił wyciągnąć z tego żadnego konstruktywnego wniosku.
- Byłoby mi głupio. Oddam ci.
- Dan. Nie chcę nawet o tym słyszeć - westchnął Rifgard i zerknął przez okno. Chciał się go zapytać czy nie miałby ochoty na kino wieczorem, ale skoro temat zszedł na pieniądze odpuścił sobie. Wiedział jak trudno jest znaleźć pracę, a Dan zrezygnował ze swojej, dobrze płatnej, z jego powodu. Gdy uświadomi sobie, że nieprędko zacznie zarabiać takie sumy z dotychczasową jakością, zrozumie, że związanie się z nim było błędem. Na Matthew zależało mu przecież najbardziej, z tego co zauważył, więc z troski o niego na pewno będzie chciał wrócić do swojej pracy, co wiązało się z tym, że ich związek nie wypali. Blake zacisnął pięści i syknął przez zęby. Jebane pieniądze. Gdyby ich nie miał, nigdy by nie spotkał Dana, ale dlatego że je ma pojawiła się między nimi przepaść.
Westchnął cicho. I tak zamierzał mu je oddać.
Gdy znaleźli się w centrum i Dan wysiadł, Blake zmęczonym głosem rzucił:
- Z
powrotem do domu.
Nie miał nic do załatwienia na mieście.
Nie miał nic do załatwienia na mieście.
Dan
wrócił pod wieczór z torba, w której miał jeszcze trochę rzeczy
i komputer. Kończył właśnie jeść tosta.
Blake
odkąd wrócił do domu zamknął się na klucz w gabinecie z
dzbankiem kawy. Siedział w fotelu, trzymając nogi na biurku i
analizował całą sytuację. Od nowa i od nowa, wypatrując nowe,
potencjalne problemy i typując czas, gdy Dan powie, że to wszystko
było pomyłką. Wbrew swojej zwykłej postawie pewnego siebie
faceta, dość często czuł się niepewnie, co maskował
agresywnością. Gapił się w sufit i sączył kawę, czując się
mało komfortowo w całej tej niejasnej sytuacji. Nie rozumiał Dana.
Skoro chłopak upierał się, że chce oddać mu pieniądze,
znaczyłoby to, że nie ma zamiaru dotrzymać swojej części umowy.
Zaklął pod nosem uderzając pięścią w blat biurka.
Dan zaniósł
swoje rzeczy do sypialni, a potem poszedł do Blake‘a.
Gdy
ten usłyszał szarpanie za klamkę krzyknął, nie dociekając kto
stoi za drzwiami:
-
Jestem zajęty, może później!
-
Aż tak bardzo zajęty?
-
Po prostu zajęty. - Spuścił z tonu słysząc głos Dana. - A
czego ci trzeba? - dorzucił po chwili mężczyzna, nie słysząc
reakcji.
-
Chciałem z tobą posiedzieć.
Blake
drgnął z zaskoczenia. Spuścił nogi i podszedł do drzwi,
otwierając je.
-
Co...?
-
No... Chciałem z tobą posiedzieć. To takie dziwne?
Nawet
nie wiesz jak bardzo - przemknęło mu przez myśl, jednak nie
powiedział ani słowa, odsuwając się i gestem zapraszając go do
środka.
Wszedł
tam i spojrzał na Blake'a.
-
To bardzo jesteś zajęty?
-
Powiedzmy, że najważniejsze już zrobiłem i mogę sobie zrobić
chwilę przerwy. - Pokazał mu kanapę, by usiadł, ale sam wrócił
do swojego fotela za biurkiem. - Jak ci poszły poszukiwania pracy?
-
Kumpel miał wolny etat. Nie są duże pieniądze, ale luźne
godziny, wiec mogę znaleźć coś jeszcze. - Spojrzał na niego z
kanapy. - Myślałem, żebyśmy gdzieś wyszli, ale skoro jesteś
zajęty...
- A
gdzie chciałbyś pójść? - Blake popatrywał na niego uważnie.
Dan
wzruszył ramionami.
-
Wczoraj wspominałeś coś o kinie.
-
Ano wspomniałem... - zawiesił głos, wspominając przy kontekście
jakiego tematu padł pomysł wyjścia do kina. - Na co chciałbyś
pójść?
-
Obojętnie. Moglibyśmy przejść się zobaczyć co dzisiaj grają.
-
Przejść? - upewnił się Blake.
-
Spacer byłby w porządku.
-
Ale do kina mamy ładny kawałek... - powiedział, myśląc o
zatyczce. Stwierdził jednak, że Dan pewnie o tym zapomniał, więc
wzruszył ramionami - Ale masz rację, spacer jest miłym pomysłem.
-
To idziemy? - Młodszy mężczyzna podniósł się z miejsca.
-
Tak. - Rozejrzał się za portfelem, a gdy go znalazł, włożył do
tylnej kieszeni dżinsów. Na sobie miał czarną, dopasowaną
koszulkę, opinającą się na jego torsie i bicepsach. Gdy wyszli z
gabinetu, Blake wyciągnął ze stojącej w przedpokoju szafy
sportową marynarkę i zarzucił ją na siebie, wsuwając do jej
wewnętrznej kieszeni telefon komórkowy. Kolczyk z kości słoniowej
rozkołysał się, gdy mężczyzna poprawiał kołnierzyk.
-
Lubię twój kolczyk. I... nie zapomniałem o prezencie. - Dan zarumienił
się lekko.
Blake
przystanął. Od razu poczuł gorąco kumulujące się w podbrzuszu.
- Naprawdę? - jęknął cicho, po czym przyparł go do ściany i
pocałował zaborczo.
Dan
stęknął zaskoczony i oddał pocałunek.
Blake
oparł się czołem o jego czoło, dysząc jak po wyjściu z wody.
Pocałował go delikatniej i oderwał się powoli. - Dziękuję -
westchnął, z trudem uspokajając oddech.
Uśmiechnął
się delikatnie.
-
Chodźmy.
Gdy
tylko wyszli poza teren posesji, Blake objął Dana, opierając dłoń
na jego biodrze i przysuwając go bliżej siebie. Szli objęci, na
twarzy Blake widniał prawdziwy, szczery uśmiech, a w oczach
błyszczało podniecenie za każdym razem, gdy spojrzał na chłopaka.
-
Hej, Blake... Nie chce ci psuć nastroju, ale... Dlaczego byłeś
dzisiaj taki oschły?
-
Oschły? - powtórzył, ściągając brwi.
-
Mhm. Przepraszam za rano. Po prostu wkurzyłem się, kiedy Troy nie
chciał mnie wypuścić
-
Teraz nie powinieneś mieć z tym problemów - powiedział,
przesuwając palcami po jego boku.
-
Nie przeszkadza ci to? To znaczy to, że tak ze mną idziesz.
-
Dlaczego miałoby mi przeszkadzać, że jesteś blisko? - Rifgard
pochylił się i liznął go szybko po uchu. - Poza tym sam cię do
siebie przytuliłem. No, chyba że tobie przeszkadza? - spytał i
zaczął się odsuwać.
-
Nie, nie. - Przysunął się do niego na nowo. - Tylko pytam. Ja mam
gdzieś co ludzie o mnie pomyślą, ale nie wiem jak ty.
-
Ktoś mi kiedyś powiedział, że nie warto uzależniać swojego
szczęścia od opinii innych ludzi. - uśmiechnął się, gdy Dan sam
się w niego wtulił.
Dan również uśmiechnął
się lekko.
-
Jak się idzie? - zapytał nagle Blake, wpatrując się intensywnie w
bok twarzy Dana.
Ten
- jak na zawołanie - znów się zarumienił i parsknął cicho.
-
Wystarczająco krępująco bez twoich pytań.
-
Powiedz... - szepnął cicho, przygarniając go bliżej siebie.
Uśmiechał się wyczekująco.
-
To... dziwne uczucie. Nie jestem przyzwyczajony do czegoś takiego.
-
Ale nie boli? - spytał z napięciem. Nie chciał by było to coś
nieprzyjemnego dla Dana.
-
Nie. Nie jest nieprzyjemne tylko dziwne.
-
Jesteś niesamowicie podniecający Dan. A świadomość, że z każdym
krokiem czujesz w środku subtelny nacisk sprawia, że jestem bliski
szaleństwa - wymruczał mu do ucha, owiewając je ciepłym oddechem.
Dan zaśmiał
się cicho.
-
Tylko poczekaj z tym szaleństwem do domu.
-
Mówisz...? Uważasz że nie wskazane byłoby, gdybyś się wypiął
w jakimś ustronnym miejscu, ja bym klęknął za tobą, a zamiast
zabawki poczułbyś tam mój język?
Dan
pochylił głowę, żeby ukryć rumieńce.
-
Tak, tak właśnie uważam.
-
Ale nie chciałbyś, żeby tak było?
-
Nie tutaj.
-
Och, pytam ogólnie... - cmoknął go w skroń. - Próbuję poznać
twoje upodobania.
-
To mnie raczej zawstydza - mruknął.
-
Rozumiem. - Blake wyprostował się nieco, lekko rozluźniając swój
uścisk. Nie puścił go zupełnie, ale też nie trzymał go tak
zaborczo jak przed momentem.
-
To znaczy ten konkretny temat... w łóżku.
-
Przepraszam? Nie do końca wiem, co masz na myśli.
-
To o czym przed chwila mówiłeś.
-
Rimming? Mam rozumieć, że nie lubisz?
-
Nigdy wcześniej nie próbowałem i jakoś mnie to nie pociąga.
-
Ach. Szkoda, że nie wiedziałem wcześniej. Nie robiłbym ci tego
wczoraj. I ta zatyczka. Też nietrafiona, teraz to widzę. Oczywiście
nie będę wymagał od ciebie żebyś jej używał. - powiedział
spokojnie, wprost do jego ucha, nie zmieniając wyrazu twarzy.
-
Wcześniej ja też nie wiedziałem. A ta zatyczka... Nie mówię, że
nietrafiona. Po prostu mnie krępuje.
-
Wyjmiesz ją w kinie i nie będziemy wracali już do tego w
rozmowach. - Cmoknął go w skroń. Był zniesmaczony własnym
zachowaniem. Wszystko robił nie tak.
Dan zaśmiał
się.
-
Przecież nie narzekam. - Pocałował go lekko. Cieszył się, że
Blake'owi wrócił humor.
-
Tak, nie narzekasz. - Pogłaskał go po boku. A powinieneś -
pomyślał. Znów do jego myśli wkradła się niepewność co do
intencji Dana. Nie rozumiał, czemu chłopak robił coś wbrew sobie,
byleby zadowolić inną osobę. - Na jaki film masz ochotę?
- A
jakie ty lubisz?
-
Różne. Dzisiaj akurat nie mam wytyczonych preferencji, chętnie
pójdę na coś co wybierzesz.
-
Wiesz... Jeśli nie zależy ci na opinii to słyszałem, że dzisiaj
puszczają gejowskie porno. - Uśmiechnął się nieco rozbawiony.
-
Ciekawe czy wpadniemy na kogoś znajomego, co? - Blake uśmiechając
się, puścił mu oczko.
-
Ja z pewnością.
-
Mówisz? - dopytał się brunet.
- A
myślisz, że od kogo o tym wiem? - Zaśmiał się cicho.
-
Rozumiem zatem, że twój znajomy, u którego znalazłeś pracę,
jest gejem?
-
Jest.
-
Byliście kiedyś razem? - spytał Blake czekając z napięciem na
odpowiedź.
-
Nie. To tylko przyjaciel.
-
Tylko? - Uniósł brew do góry.
-
Tak. Znamy się już jakiś czas.
-
Jak się poznaliście?
-
To dawny znajomy faceta, o którym mówiłem ci wczoraj.
-
Tego, który chciał cię wykorzystać? - spytał Rigard z cichą
kpiną.
-
Tego.
-
To jakiś jego lepszy kumpel? - zadawał pytania od niechcenia,
powoli puszczając jego bok.
-
Kiedyś. Zacząłem go lubić po tym, jak mu porządnie przywalił.
- A
jak się nazywa? - Przestał dotykać Dana.
-
Thomas. - Spojrzał na Blake‘a.
- A
ta praca... czym się będziesz zajmował?
-
Wołałbym nie psuć ci humoru. Odniosłem wrażenie, ze ten temat ci
przeszkadza.
-
Charakter twojej pracy mógłby zepsuć mi humor? - spytał powoli,
niskim głosem. - Czym będziesz się zajmował?
-
Mój znajomy ma klub bokserski.
-
Ale dokładnie na czym ma polegać twoja praca? - Nie do końca
rozumiał, czemu Dan uważał, że ten temat może popsuć mu humor.
-
Na podstawowym szkoleniu ludzi.
-
Rozumiem, że to właśnie do tego klubu bokserskiego chciałeś mnie
zabrać jakiś czas temu?
-
Tak, do tego.
-
Nigdy nie lubiłem boksu - powiedział lekko. - A ty kiedy zacząłeś
się boksować?
-
Ja znam właściwie tylko podstawy. To nie do końca boks, raczej
obrona. Thomas zaczął mnie uczyć po tamtym wydarzeniu.
-
Rozumiem, że dobrze ci idzie?
-
Na tyle, żeby nauczyć tego samego innych. Chociaż dawno nie
ćwiczyłem z kimś innym.
-
Brakuje ci tego? - Blake spojrzał na niego szybko, skręcając w
uliczkę prowadzącą do kina.
-
Niezbyt. - Wzruszył ramionami. - To nie hobby.
- A
w ogóle masz jakieś? - spytał, otwierając przed nim drzwi.
-
Lubię rysować. - Wszedł do środka.
Blake
zrównał się z nim i spojrzał na niego zaskoczony. - Naprawdę?
-
Tak, ale nieczęsto to robię.
-
Dlaczego? - podeszli do kasy, a Blake spojrzał na Dana. - Jak nazywa
się ten film?
-
To nie jeden film. - Dan uśmiechnął się rozbrajająco do
ekspedientki. - Dwa na noc porno. - Zawstydzona podała mu dwa
bilety, a Dan zapłacił.
-
Noc porno? - Blake spojrzał na niego. - Mam nadzieję, że będą
jakieś przerwy pomiędzy nimi
Dan zaśmiał
się.
-
Zawsze możemy wyjść. - Skierował się do sali.
-
Nie idziesz najpierw do łazienki? - przypomniał Danowi.
-
Mówiłem, ze mi to nie przeszkadza. - Wszedł do pomieszczenia.
Blake
wzruszył ramionami i poszedł za nim. Był poirytowany, ale również
ciekaw czy faktycznie wpadną na jakichś znajomych Dana.
Sala
nie była przepełniona, ale tez nie pusta. Dan zajął jedno z
miejsc na tyłach
Mężczyzna
siadł obok niego. - Dlaczego nie rysujesz?
-
Nigdy nie miałem na to dużo czasu. Mam tylko trochę szkiców.
-
Masz je u mnie?
-
Nie. Nie zabierałem ich.
-
No tak, faktycznie. - Zamilkł, wpatrując się w ekran, na którym
właśnie przestały ukazywać się reklamy, a sala pogrążyła się
w mroku.
Dan
rozejrzał się po sali. Nikt się nie krył i niektórzy już się
całowali. W końcu byli wśród swoich.
Blake
nie spojrzał w jego stronę, szczerze powiedziawszy nawet nie do
końca skupił się na tym co działo się na ekranie. Wyglądał na
zamyślonego.
Dan spojrzał
na niego.
- O
czym myślisz? - szepnął.
- O
niczym istotnym. Zawiesiłem się na moment - odszepnął.
Dan uśmiechnął
się lekko i splótł z nim dłoń.
Blake
pogłaskał go kciukiem po wierzchu dłoni, spojrzał w oczy, po czym
ponownie zawiesił spojrzenie na ekranie.
Dan
też w końcu spojrzał na ekran. Cóż, to rzeczywiście było
porno.
Kiedy
akcja na ekranie zaczęła robić się naprawdę gorąca, a dookoła
nich słychać było przyspieszone oddechy, Blake pochylił się do
Dana. - Wybacz na sekundę. - i wyszedł z sali kinowej.
Dan
spojrzał za nim zaskoczony.
Blake
tymczasem wyciągnął z kieszeni marynarki telefon i odebrał. Po
chwili zakończył rozmowę i wrócił na salę.
Dan
rzucił mu pytające spojrzenie.
-
Ominęło mnie coś ważnego? - spytał, uśmiechając się kpiąco.
-
Co najwyżej dwóch facetów z przodu, którzy zaczęli się
pieprzyć.
-
Wow! Faktycznie, ciekawy kąsek - zaśmiał się cicho.
Uśmiechnął
się.
- I
co? Widzisz tu kogoś znajomego?
-
Ja? Nie rozglądałem się za bardzo, ale raczej nie. Poza tym nie
mam zbyt wielu znajomych homo. Pomijając chłopców na telefon
- dodał w myślach. - A ty?
-
Tylko Thomasa.
-
Który to? - spytał, wychylając się.
Dan
wskazał mu wysokiego, przystojnego mężczyznę, siedzącego obok
drobnego chłopaczka.
-
Ile on ma lat? - spytał Blake marszcząc brwi. - I ile lat ma ten
chłopiec obok? - dorzucił po chwili.
-
Thomas ma dwadzieścia osiem. A tego chłopca nie znam.
-
Ale najwidoczniej nie tylko ja gustuję w młodszych - mruknął,
przyglądając się uporczywie towarzyszowi Thomasa.
-
Zapewniam cie, że ma przynajmniej dziewiętnaście lat.
-
To dobrze. - W oku Blake'a zabłysło zainteresowanie.
Dan
uniósł brew.
-
Podoba ci się?
-
Nie mogę odmówić mu urody.
-
Ach tak... - Spojrzał na ekran.
Blake
uśmiechnął się, widząc jego minę. Złapał go za dłoń i
przyciągnął do swoich ust. Pocałował ją i połasił się do
niej policzkiem.
-
Próbujesz mnie udobruchać?
-
Udobruchać?
-
On jest taki jak ja - mruknął. - Widziałem go kilka razy.
-
Widzę, że jest młody i przystojny. To masz na myśli mówiąc, że
jest taki jak ty? - spytał Rifgard, przeczuwając jednak do czego
może nawiązywać Dan.
-
Wiesz o co mi chodzi. Thomas nie wchodzi w związki.
-
Widziałeś go kilka razy, a mimo to nie znasz jego imienia? Chyba w
waszym zawodzie jest spora konkurencja, co?
-
Nie rozmawiałem z nim. A poza tym, nieco się różnimy. On nie
pracuje dla kobiet.
-
Ach, zatem sypia tylko z mężczyznami? Ciekawe... Ale teraz
pozostaje kwestia czy w twoim zawodzie jest duża konkurencja?
-
Chyba tak. Ale są tacy, za których płaci się grosze, jak i tacy,
za których oddaje się majątek.
-
Mam rozumieć, że ty jesteś tym z górnej półki?
-
Raczej ze średniej. - Uśmiechnął się rozbawiony, przenosząc na
jego kolana.
Blake
spojrzał na niego ciepło i oparł jedną rękę nisko na jego
plecach, a drugą na udzie.
Pocałował
go krótko.
-
Działa na ciebie film, co? - Blake tchnął blonynowi w usta,
stykając się z nim czołem.
-
Powiedzmy. A na ciebie?
-
Powiedzmy? W takim razie jak nie film, to co? - brunet pogłaskał go
po udzie, patrząc mu w oczy.
-
Może ty? - Znów go pocałował. - Na ciebie działa film?
-
Ja? To teraz masz całą moją uwagę. Pieprzyć film. - Blake
cmoknął go w kącik ust.
Dan
zaśmiał się cicho.
-
Pieprzyć, mówisz?
- A
masz inny pomysł? No, oczywiście jeśli fabuła cię porywa nie mam
sumienia cię od niej odrywać
-
Nie... skąd. Fabuła nie jest porywająca.
-
Zatem co teraz? - Blake pogłaskał go nieco wyżej.
- A
na co masz ochotę?
-
Zaskocz mnie. - powiedział szybko Rifgard.
Dan parsknął.
-
Masz chyba jakieś pomysły w zanadrzu, co? - Blake szepnął mu
wprost do ucha.
-
Moich pomysłów nie wypada przedstawiać w kinie.
-
Powiedz jakie to pomysły, a rozważę opcja wyjścia stąd przed
końcem seansu. - Kiedy skończył mówić, przygryzł lekko
małżowinę Dana.
-
Naprawdę? Bo słyszałem, że później mają być wiązania... -
Przesunął ledwie wyczuwalnie dłonią po jego penisie.
-
Wiesz co lubię, hmm? - Rifgard polizał wnętrze jego ucha. - Ale i
tak jestem ciekaw co ci chodzi po głowie.
-
Na przykład... Tą zabawkę można zastąpić czymś innym - mruknął
mu do ucha.
-
Czymś innym? - Patrząc na twarz Dana, pomasował dłonią, którą
do tej pory trzymał na udzie chłopaka, jego krocze. Rękę, którą
do tej pory trzymał na plecach, zsunął na pośladki pod materiał
spodni.
-
Tak, czymś innym... - Młodzieniec wsunął dłoń pod materiał
spodni i bokserek Blake'a, ściskając jego penisa.
-
Ale mówiłeś, że niedługo będą sceny z wiązaniem... -
powiedział cichym głosem starszy mężczyzna, drocząc się z nim i
ściskając mocniej jego pośladek.
-
Dlatego też zostajemy. - Wyjął dłoń z jego spodni.
-
Ale twoja ręka może zostać tam, gdzie była...
Dan zaśmiał
się cicho.
-
Może jednak nie.
Blake
przeniósł spojrzenie na ekran, rozsuwając powoli rozporek Dana i
zaczynając masować jego członek.
-
Blake... Nie tutaj.
-
Myślisz, że innym będzie to przeszkadzało? - Spojrzał w lewo,
gdzie dwa rzędy pod nimi jeden mężczyzna obciągał drugiemu, a
kilka rzędów niżej na prawo, mężczyzna siedzący drugiemu na
kolanach unosił się i opadał w powolnym rytmie. Pomijając to,
wszędzie, gdzie się odwrócił, widać było całujące się pary.
-
Pomijając już fakt, że to miejsce publiczne... Z przodu siedzi mój
znajomy, pamiętasz?
Blake westchnął.
- Masz rację. - Zabrał rękę, pozwolił Danowi poprawić spodnie i, mimo że nadal trzymał go na kolanach, nie robił nic więcej.
Blake westchnął.
- Masz rację. - Zabrał rękę, pozwolił Danowi poprawić spodnie i, mimo że nadal trzymał go na kolanach, nie robił nic więcej.
Dan uśmiechnął
się lekko.
- W
domu będziesz mógł ze mną zrobić co zechcesz.
-
Chciałbym zrobić coś na co ty masz ochotę... - szepnął Blake.
-
To trzeba kupić szampana.
-
Nie ma problemu. A co dalej?
-
Musimy poprosić Lydię, żeby zrobiła truskawki w czekoladzie.
-
Romantycznie... Ale obawiam się, że w październiku może być dość
trudno o truskawki, młody.
-
Jestem pewien, że gdzieś można je dostać.
-
Gdzieś na pewno... A co będzie dalej, gdy będziemy mieli już
szampana i truskawki w czekoladzie? - szeptał Rifgard.
-
Pójdziemy do łóżka i będziemy się nimi karmić...
-
Mhm - zamruczał z aprobatą Blake, przyciągając chłopaka bliżej
do siebie. Czuł jak jego penis zaczyna się powoli budzić do życia.
- A
potem... potem ci się oddam - dokończył prosto w jego ucho.
-
To jest bardzo dobry plan... - na ekranie zaczęto wyświetlać
napisy. - Ile mamy przerwy nim zacznie się kolejny film?
-
Jakieś dwadzieścia minut.
-
Mam nadzieję, że tamta przyjemna wizja z truskawkami nie jest twoim
jedynym pomysłem. Jakieś opcje jak możemy spędzić następne
dwadzieścia minut? - spytał lubieżnie Rifgard.
Zaśmiał
się.
-
Tak. Pójdziemy przywitać się z Thomasem.
Blake
wypuścił przytrzymywane w płucach powietrze i prychnął cicho. -
Taaa... bo czego innego mógłbym się po tobie spodziewać? - jęknął
i wpił się w jego usta.
Dan
oddal pocałunek, przymykając oczy.
-
Złap mnie mocno za szyję i całuj mocniej - jęknął. - Chociaż
przez chwilę - dodał, przeczuwając, że Dan będzie chciał się
zaraz wycofać.
Chłopak
parsknął tylko rozbawiony i objął go za szyję, całując
mocniej.
Blake
niemal boleśnie wpił w jego ciało palce, skupiając się na jego
ustach. Badał językiem podniebienie młodzika, zassał się przez
chwilę na języku, pochłaniał jego usta, z trudem kontrolując
swoje emocje. Oddychał ciężko, ale nie przerywał pocałunku.
W
końcu Dan odsunął nieco głowę, żeby zaczerpnąć powietrza.
- O
tak... tego mi brakowało... - Uśmiechnął się do niego
drapieżnie.
Chłopak
odpowiedział tym samym.
- A
teraz przedstaw mi tego swojego Timmy'ego. - Podnosząc się,
pogłaskał go po pośladku i ścisnął zaborczo.
Parsknął.
-
Thomy'ego - Stanął na nogach i podszedł do Thomasa.
Blake
stanął tuż za nim i zmierzył wzrokiem pracodawcę Dana.
Thomas
uniósł wzrok i uśmiechnął się szeroko.
-
Cześć, kocie!- Zmierzwił mu włosy na co Dan parsknął.
Blake
stanął obok Dana i objął go zaborczo. Patrząc na Thomasa
wyciągnął dłoń:
-
Blake Rifgard.
Mężczyzna
spojrzał na niego krótko i uścisnął mu dłoń.
-
Thomas Carlton.
Blake
spojrzał na chłopca siedzącego obok Thomasa, ale już po chwili
zwrócił się do Thomasa. - Słyszałem, że jesteś trenerem boksu?
-
Tak, mam klub bokserski. Jesteś zainteresowany? Dan może cię
trochę poduczyć.
-
Nie, nie jestem zainteresowany. W przeciwieństwie do Dana nie
przepadam za boksem.
-
Dan, z tego co wiem, też nie.
Blake
spojrzał na Dana.
- Ćwiczysz, chociaż nie lubisz?
- Ćwiczysz, chociaż nie lubisz?
Chłopak wzruszył
ramionami.
-
Mówiłem, że to nie hobby.
-
Ach tak. - Blake pokiwał głową.
Thomas
spojrzał na Dana.
-
Wie?
Dan skinął głową.
Blake
posłał mu pytające spojrzenie.
Thomas
zmarszczył brwi.
-
Ach tak?
Blake
był zirytowany i na takiego wyglądał.
- O
co chodzi?
- O
to, co robi - rzucił.
-
Mówiłem, że wie.
W
tym momencie Blake wyciągnął z kieszeni telefon i spojrzał na
wyświetlacz. - Przepraszam, ważna rozmowa. Wybaczcie na chwilę -
puścił Dana i wyszedł z sali po drodze przykładając komórkę do
ucha.
Dan
spojrzał za nim, a potem popatrzył na Thomasa.
-
Wiem co robię.
Blake
nie przyszedł do końca przerwy. Pojawił się kilka minut po
rozpoczęciu filmu.
-
Coś ważnego? - Dan siedział już na swoim miejscu.
-
Niestety tak. Będę musiał skończyć dzisiejszy wieczór nieco
wcześniej. Chcesz oglądać do końca czy wracasz ze mną do domu?
-
Wrócę z tobą. - Podniósł się.
-
Jesteś pewien?
-
Tak. - Poszedł do wyjścia.
-
Za kilka minut będzie szofer. Wybacz, że ten wieczór nie skończył
się tak jak pewnie byś sobie życzył - powiedział spokojnie Blake, wychodząc na zewnątrz i wypatrując limuzyny.
-
Nic się nie stało.
- A
właśnie... o co chodziło Thomasowi z tymi pytaniami czy wiem? To
było dość... niekomfortowe.
-
Thomas... nie wie, że rzuciłem prace. Dlatego o to pytał.
-
Nie powiedziałeś mu gdy byłeś u niego dzisiaj?
-
Nie. Wole, żeby nie wiedział.
-
Dlaczego?
-
Bo uznałby to za otwartą furtkę.
-
Ma coś do ciebie? - Zatrzymał się i spojrzał na niego bystro,
podchodząc bliżej i dotykając jego biodra.
-
Powiedziałem mu kiedyś, że dopóki mam taką pracę nie ma na co
liczyć.
-
Nie powiedziałeś mu, że jesteś teraz ze mną?
-
Powiedziałem. Dlatego pytał czy wiesz co robię.
-
Zaraz, zaraz. W takim razie on myśli, że sypiam z tobą,
jednocześnie pozwalając ci sypiać z innymi osobami za pieniądze?
-
Na to wygląda.
-
Nie podoba mi się to. Ani trochę. Dlaczego na coś takiego
pozwalasz?
-
Bo Thomas chciałby mnie dla siebie.
-
Nie oddałbym ciebie. Nie ma takiej opcji.
Dan uśmiechnął
się lekko.
-
Thomas próbował czegoś, kiedy rozstałem się tamtym facetem, ale
odmówiłem. Wtedy stwierdził, ze zaczeka, wiec powiedziałem mu
czym postanowiłem się zająć.
- I
jak zareagował?
-
Stwierdził, że poczeka.
-
Jak zareaguje, gdy dowie się, że związałeś się z kimś innym?
-
Nie mam pojęcia.
-
Ale skoro wie, że jesteś ze mną... to po co ta cała szopka? - W
tym momencie podjechała limuzyna i wsiedli do niej. Blake przez
chwilę nic nie mówił, jednak w końcu ciągnął dalej. - Gdy
rozmawiałeś z nim dzisiaj i powiedziałeś mu, że jesteś ze mną,
powinien wiedzieć, że nie ma u ciebie żadnych szans bez względu
na to czy pracujesz, czy też nie. Skąd zatem pomysł z udawaniem,
że wciąż pozostajesz mężczyzną na telefon?
-
Thomas jest uparty. I tak by próbował.
- A
ty... nie chcesz z nim być, tak?
-
Nie. Ale cenię go jako przyjaciela.
- I
popatrz, taki cudny wieczór nam się zmarnował. Szkoda, bo nie wiem
kiedy będziemy mogli spędzić jeszcze jeden razem - westchnął
Blake, gdy limuzyna wjechała na podjazd.
-
Trudno. I tak nie mieliśmy truskawek. - Uśmiechnął się
rozbawiony.
-
Dzisiaj śpisz normalnie czy wybywasz na noc? - spytał Blake podczas
wysiadania z samochodu.
-
Normalnie. - Dan też wysiadł.
Blake
wszedł do domu i od razu skierował się do sypialni. Wyciągnął
walizkę i zaczął się pakować.
Dan
wszedł tam za nim i uniósł brew.
-
Wyjeżdżasz?
-
Tak, jutro rano. Zostaniesz sam na włościach. - Uśmiechnął się
smutno. - Ale oczywiście rozumiem, jeśli będziesz chciał wrócić
do swojego mieszkania. Niestety nie jestem w stanie powiedzieć kiedy
wrócę z powrotem.
-
Troy jedzie z tobą?
-
Nie tym razem. Dlaczego pytasz? - Spojrzał na niego przez ramię
pochylając się nad walizką.
-
Tak po prostu.
-
To zostaniesz czy wrócisz do siebie? - spytał, przerywając
pakowanie.
-
Zostanę. Poczekam tu na ciebie.
-
Cieszę się. - Blake z uspokojoną miną wrócił do swojego
zajęcia.
Dan uśmiechnął
się.
-
Idziesz pod prysznic? Ja z tym za moment skończę. - Mężczyzna
podszedł do szafki nocnej i wyciągnął teczkę, na której
widoczne były tylko litery MED, reszta była zasłonięta dłonią.
Spakował ją i wyszedł do łazienki, by zapakować przybory
toaletowe.
-
Pomóc ci z czymś?
-
Pomóc? Nie. Poradzę sobie. - Blake wyglądał na nieco
rozkojarzonego, gdy dokładał ostatnie niezbędne rzeczy.
-
Nie wiesz kiedy wrócisz? - upewnił się Dan.
-
Niestety nie - odparł, prostując się nad walizką i podszedł
szybko do Dana, gwałtownie wpijając się w jego usta.
Oddał
pocałunek, obejmując go za szyję.
Blake
naparł na niego, powodując, że Dan zaczął się cofać i opadł
na łóżko. Popchnął go na nie i zawisł nad nim.
Dan spojrzał
na jego twarz.
-
Hmmm? - Blake odwzajemnił spojrzenie.
-
Nic. - Uśmiechnął się do niego lekko. - Będę tęsknić.
-
No to chyba trzeba się porządnie pożegnać, co? - I nie czekając
na odpowiedź znów zaatakował jego usta.
Oddał
pocałunek, przymykając oczy.
Blake
zsunął się do jego szyi i zassał się, tworząc dorodną malinkę.
Dan
zaśmiał się cicho.
-
Oznaczasz mnie?
Mężczyzna
zaśmiał się cicho i polizał go leniwie po zaczerwienieniu.
-
Będę musiał nosić szalik.
Blake
powrócił do jego ust i pocałował go czule. - Idziemy pod
prysznic? Muszę jutro wcześnie wstać - powiedział, przylegając
do niego bardziej i moszcząc się między jego nogami.
-
Mhm. Możemy iść.
Blake
westchnął ciężko i pocałował go raz jeszcze, niechętnie
zsuwając się z łóżka.
Dan
podniósł się za nim.
Blake
wszedł do łazienki i rozebrał się szybko, po czym wszedł do
kabiny i ustawił temperaturę wody.
Dan
również zrzucił z siebie ciuchy i dołączył do kochanka.
- Naprawdę będziesz chciał zostać cały czas u mnie?
- Chyba że masz coś przeciwko temu.
- Nie, no skąd... Ale nie chciałbym cię jakoś ograniczać – powiedział Blake, sięgając po żel i zaczynając się namydlać.
- Zostanę. - Dan zaczął robić to za niego.
- I będziesz pracował dla Thomasa? - spytał, marszcząc brwi.
- Raczej tak. Przeszkadza ci to?
- Nie ukrywam, że tak. - Odetchnął przez zęby, gdy ręce Dana zawędrowały na jego boki.
Uśmiechnął się lekko i zostawił je tam na chwilę.
- Często odwiedzam Thomasa. Nie sądzę, żeby teraz wpadło mu coś do głowy.
Blake przymknął oczy i sapnął cicho.
- Naprawdę będziesz chciał zostać cały czas u mnie?
- Chyba że masz coś przeciwko temu.
- Nie, no skąd... Ale nie chciałbym cię jakoś ograniczać – powiedział Blake, sięgając po żel i zaczynając się namydlać.
- Zostanę. - Dan zaczął robić to za niego.
- I będziesz pracował dla Thomasa? - spytał, marszcząc brwi.
- Raczej tak. Przeszkadza ci to?
- Nie ukrywam, że tak. - Odetchnął przez zęby, gdy ręce Dana zawędrowały na jego boki.
Uśmiechnął się lekko i zostawił je tam na chwilę.
- Często odwiedzam Thomasa. Nie sądzę, żeby teraz wpadło mu coś do głowy.
Blake przymknął oczy i sapnął cicho.
-
I tak wolałbym, żebyś pracował gdzieś indziej...
- Nie ma takiej potrzeby. Naprawdę, ufam mu. Kiedy próbował czegoś ze mną, dość jasno dałem mu do zrozumienia, że tego nie chcę, więc przestał próbować.
- Ale powiedziałeś, że się odgrażał, że jak rzucisz pracę to będzie próbował.
Uniósł brew.
- Nic takiego nie powiedziałem. Wspomniałem tylko, że jest uparty.
- Skoro tak twierdzisz... Ufam ci.
Uśmiechnął się lekko.
- Cieszę się.
Blake odsunął się z zasięgu rąk Dana i dokończył szybko mycie. Wyszedł spod prysznica i zaczął się wycierać.
Dan po chwili też wyszedł.
Blake zaczął szorować zęby nad umywalką. Wydawał się być zamyślony.
Dan nie przerywał jego rozmyślań, chociaż zastanawiał się o czym może myśleć.
Rifgard, wypłukując usta, rzucił szybkie spojrzenie na chłopaka. Wytarł twarz i spytał:
- Nie ma takiej potrzeby. Naprawdę, ufam mu. Kiedy próbował czegoś ze mną, dość jasno dałem mu do zrozumienia, że tego nie chcę, więc przestał próbować.
- Ale powiedziałeś, że się odgrażał, że jak rzucisz pracę to będzie próbował.
Uniósł brew.
- Nic takiego nie powiedziałem. Wspomniałem tylko, że jest uparty.
- Skoro tak twierdzisz... Ufam ci.
Uśmiechnął się lekko.
- Cieszę się.
Blake odsunął się z zasięgu rąk Dana i dokończył szybko mycie. Wyszedł spod prysznica i zaczął się wycierać.
Dan po chwili też wyszedł.
Blake zaczął szorować zęby nad umywalką. Wydawał się być zamyślony.
Dan nie przerywał jego rozmyślań, chociaż zastanawiał się o czym może myśleć.
Rifgard, wypłukując usta, rzucił szybkie spojrzenie na chłopaka. Wytarł twarz i spytał:
-
Mam nadzieję, że nie czujesz się tu przetrzymywany?
Parsknął cicho.
- Nie.
Parsknął cicho.
- Nie.
-
Cieszę się. - odpowiedział i wyszedł z pomieszczenia.
Dan
wytarł się i wyszedł zaraz za nim.
Blake
podszedł do łóżka i nastawiwszy budzik wsunął się pod kołdrę.
Nie patrzył w stronę Dana.
Chłopak
po chwili położył się obok niego i przytulił się do jego
pleców.
-
Teraz się przytulasz? - w głosię mężczyzny brzmiało
rozgoryczenie.
- Z
jakiego powodu jesteś na mnie zły?
-
Nie jestem zły na ciebie, tylko na siebie. - powiedział cicho - Idź
spać.
-
Wytłumacz mi to. - Nie ustępował.
-
Nie mam ochoty o tym rozmawiać.- Odwrócił się na plecy i spojrzał
w sufit.- Nie ma o czym mówić - dorzucił po chwili.
-
Najwyraźniej jest. - uniósł się i spojrzał na jego twarz.
Blake
przymknął powieki.
-
Powiesz mi o co chodzi?
Blake
nie otwierając oczy sięgnął i złapał dłoń Dana. Przyciągnął
ją do twarzy i pocałował jej wierzch. - Nie ma o czym mówić.
Jeśli wrócę to pogadamy. To znaczy.. kiedy wrócę.
-
Jeśli wrócę? - Dan złapał go za słowo.
-
Kiedy. Kiedy wrócę, Dan.
-
Nie możesz powiedzieć mi teraz?
-
Po prostu idźmy spać, dobrze? Nie chcę się kłócić przed
wyjazdem.
-
Czyli jednak jesteś na mnie zły.
- A
ty jesteś uparty, co?
-
Tak.
-
Powinieneś wiedzieć kiedy odpuścić, wiesz? - Blake robił się
coraz bardziej poirytowany
-
To zawsze była moją wadą.
-
Przykro mi - Blake znów przewrócił się na bok, odwracając
plecami do Dana.
Dan westchnął
cicho.
-
Będę się zamartwiał, jeśli mi nie powiesz.
-
Przykro mi - powtórzył.
Chłopak westchnął
jeszcze raz i w końcu też się położył plecami do niego.
Blake
odczekał chwilę i gdy myślał, że Dan usnął wyszedł z pokoju.
Szukał Troya.
Dan
nie spał i prowadził ze sobą wewnętrzną walkę czy iść za nim
czy nie.
Blake
wpadł na swojego ochroniarza na korytarzu, pod swoim gabinetem.
Otworzył drzwi gestem zapraszając go do środka, jednak prze
nieopatrzność nie domknął ich do końca.
Dan
wstał z łóżka i cicho skierował się aż do gabinetu. Nie
zaglądał przez drzwi, ale stanął obok.
Blake
spojrzał na Troya i przetarł twarz ręką.
- Musze wyjechać do szpitala. Dzwonił mój lekarz.
- Musze wyjechać do szpitala. Dzwonił mój lekarz.
Dan
spiął mięśnie i zmarszczył brwi, słysząc tą informację.
Czekał jednak na ciąg dalszy.
Troy
spojrzał pytająco na mężczyznę, a Blake kontynuował.
- Chce bym został po operacji kilka dni na oddziale, czekając na wyniki badań. Nie wiem kiedy wrócę, mam nadzieję że szybko, ale jeśli po zabiegu okaże się że coś jest nie tak będę musiał zostać na dłużej. Nie wiem na ile. Jeśli w międzyczasie Dan będzie chciał się wyprowadzić nie stawaj mu na drodze, dobrze? Nie chcę by czuł się tu uwięziony.
- Chce bym został po operacji kilka dni na oddziale, czekając na wyniki badań. Nie wiem kiedy wrócę, mam nadzieję że szybko, ale jeśli po zabiegu okaże się że coś jest nie tak będę musiał zostać na dłużej. Nie wiem na ile. Jeśli w międzyczasie Dan będzie chciał się wyprowadzić nie stawaj mu na drodze, dobrze? Nie chcę by czuł się tu uwięziony.
Dan
zwalczył w sobie pokusę wejścia tam teraz i cicho ale szybko
wrócił do sypialni.
Blake
jeszcze przez chwilę rozmawiał z Troyem. Wydał mu odpowiednie
dyspozycje i wyszedł z gabinetu. Czuł się przytłoczony sytuacją
w której się znalazł. Wszedł cicho do sypialni i położył się
do łóżka. Nie był śpiący.
-
Jeśli wrócę, co Blake? - Dan odezwał się cicho. Wciąż leżał
do niego plecami.
-
Ty ciągle swoje? Myślałem, że śpisz
-
Jaka operacja?
-
Co ci się znów ubzdurało? - Blake spiął się momentalnie. - Skąd
taki pomysł?
Domyślił
się, że Dan musiał zajrzeć do jego torby i przejrzeć zawartość
teczki z wynikami badań.
-
Nieważne. - Zamknął oczy, nie próbując już nim rozmawiać.
-
Dan, naprawdę... zaczynasz rozmowę kiedy ja chciałem ją skończyć
i później mówisz, że to nieważne. Nie rozumiem twojego toku
myślenia.
-
Nie lubię, kiedy się mnie okłamuje.
-
Okłamuje?
-
Mówisz o operacji, po której może się okazać, że coś jest nie
tak, ale twierdzisz, że to wyjazd służbowy.
-
Nie twierdziłem, ze to wyjazd służbowy. Skąd pomysł na operację?
Szperałeś w moich dokumentach?
- A
powinienem?
-
Skąd pomysł o operacji? - mężczyzna ponowił pytanie.
- Z
twoich własnych słów.
- O
czym ty...? - zrozumiał.- Podsłuchiwałeś moja rozmowę z
Troyem...! - usiadł na łóżku i spojrzał na niego ze złością.
- I
wcale nie żałuję! - Też się podniósł i spojrzał na niego z
równą złością. - Gdyby nie to w ogóle bym o tym nie wiedział!
W
oczach Blake pojawił się ból. Poczuł się zraniony. - Jak
mogłeś...? - szepnął
- A
jak ty mogłeś mnie okłamać? Siedziałbym tu nic nie wiedząc, a
ty byłbyś w szpitalu!
-
Nie będę z tobą o tym rozmawiał. Zrozumiem, jeśli się
wyprowadzisz. - Zamilkł, oddychając szybko - Jesteś taki sam jak
wszyscy inni, Dan... - powiedział cicho, wychodząc z łóżka.
-
Dlatego, że podsłuchałem twoją rozmowę?! Czy dlatego, że się o
ciebie martwię?!
-
Dan... nie spodziewałem się czegoś takiego po tobie. Myślałem,
że... cholera! - rąbnął pięścią w ścianę.
-
Myślałeś, że co? Nie zrobiłem tego, żeby ci dokuczyć.
Wystarczy mi jedna osoba, którą straciłem. Nie chcę stracić
kolejnej.
-
Zupełnie niepotrzebnie. - Blake wyprostował się. Jego głos był
tak samo oschły jak w momencie gdy się poznali. Odwrócił się i
spojrzał na niego zimno. - Powiem Troyowi, żeby jutro odwiózł cię
do domu. Skoro chcesz się martwić martw się o swojego kumpla
Matta. Mną nie musisz.
Spojrzenie
Dana stało się zimne.
-
Świetnie. Troy nie musi się kłopotać. - Wstał z łóżka i ubrał
się, zaczynając pakować resztę rzeczy.
Blake
przypatrywał się jego poczynaniom. Coś w jego wnętrzu chciało go
zatrzymać. Bał się, że wyniki badań mogą okazać się negatywne
i że musiałby zostać w szpitalu. Nie mógł oczekiwać, że Dan
będzie chciał to z nim przechodzić. I mimo tego, że zależało mu
na nim wiedział, że odesłanie Dana z powrotem do domu będzie
najlepszym rozwiązaniem dla chłopaka. Znali się zbyt krótko, by
mógł obarczać go swoimi problemami.
W
końcu Dan spakował się do końca i wyszedł, nie patrząc na
Blake‘a. Ten uśmiechnął
się do siebie smutno i westchnął. Czego innego mógł się
spodziewać? Spojrzał na zegarek. Niedługo będzie musiał
wyjeżdżać więc nie opłacało się nawet kłaść do łóżka.
Usiadł więc i schował twarz w dłoniach.
Dan
wyszedł z rezydencji i zaklął głośno. Nie chciał tego. Ale
najwyraźniej taki powód wystarczył Blake'owi, żeby go wykopać.
Blake
przez chwilę łudził się, że Dan wróci, że jednak zostanie, ale
upływające minuty utwierdziły go że to bezsensowny tok myślenia.
Dan wrócił
do swojego mieszkania nad ranem i położył się, zamykając oczy.
Blake
po godzinie podniósł się, wziął walizkę i wyszedł z
rezydencji. Wsiadł do limuzyny i pojechał do szpitala. Po dwóch
godzinach dotarł do celu. Po rejestracji i założeniu wenflonu
został przeniesiony na salę. Po krótkim oczekiwaniu pojawił się
lekarz który towarzyszył mu do sali zabiegowej. Mężczyzna został
poproszony o zdjęcie koszuli. Dostał znieczulenie miejscowe, po
czym chirurg rozpoczął wycinanie znamion. - Przebadamy wycięte
próbki, miejmy nadzieję że to zwykłe znamiona a nie czerniak.
Zostanie pan teraz przewieziony na salę.
Tym nieciekawym akcentem kończymy dzisiejszy rozdział Lust i składamy Wam wszystkim życzenia:
Dużo szczęścia - to chyba banalne.
Dużo seksu - to chyba normalne.
Dużo kasy - nie wiem, kurna, skąd.
Oj, po prostu, no, wesołych świąt!
Tym nieciekawym akcentem kończymy dzisiejszy rozdział Lust i składamy Wam wszystkim życzenia:
Dużo szczęścia - to chyba banalne.
Dużo seksu - to chyba normalne.
Dużo kasy - nie wiem, kurna, skąd.
Oj, po prostu, no, wesołych świąt!
Zatyczka analna? No tego się nie spodziewałam ;p I jeszcze czerniak, nieźle.
OdpowiedzUsuńCiekawy rozdział i treściwy ;p
Jak tylko zobaczyłam nową notkę i obczaiłam jej długość myślałam, że zwariuję ze szczęścia :D I jeszcze na święta :D
Dzięki za życzenia ;) Wesołych Świąt i duuuuużo weny!
Nie lubię was. Koniec w totalnie złym miejscu! I chociaż to chyba najdłuższy rozdział to i tak za krótko! I w ogóle to domagam się więcej, i częściej i już chcę następny rozdział :D
OdpowiedzUsuńJeej, rozdzial totalnie zaskakujacy!
OdpowiedzUsuńBardzo milo sie czytalo ;) Mimo, ze rozdzial jest dlugi, ja odczuwam niedosyt! Moglabym czytac i czytac bez przerwy. I czekam na nastepny, mam nadzieje rownie ciekawy i zaskakujacy rozdzial jak ten.
Pozdrawiam, Zuz.
Będzie Lust 6???
OdpowiedzUsuńBędzie ciąg dalszy?
OdpowiedzUsuń